23 cze 2015

Siergiej Antonow - Ciemne Tunele



Miałem na tym blogu nie pisać na temat książek, które przeczytałem, ale zacząłem ostatnio czytać zakupioną na Pyrkonie książkę i wywołała ona we mnie taką dawkę emocji, że muszę je gdzieś uzewnętrznić.

Cały opis pełen będzie spoilerów, a formą będzie przypominał luźne spostrzeżenia, które naszły mnie po sesji czytelniczej. Jeśli interesuje cię ocena końcowa bez spoilerów zjedź na sam dół. Opis ten został stworzony w trakcie i tuż po przeczytaniu książki, w momencie w którym emocje były bardzo żywe. Postanowiłem poczekać trochę i ochłonąć. Innymi słowy zastanowić się dłużej nad tym co przeczytałem i nie wydawać pochopnych osądów. Po odczekaniu moje zdanie co do tego dzieła nie uległo zmianie więc publikuję ;)

Wszystko zaczęło się od przedstawienia postaci, tragiczna historia i opis dobytku jednoznacznie klasują bohatera jako zwykłego metrowego "szaraka" co moim zdaniem dobrze o nim świadczy. Osobiście mam już dosyć czytania o "Conanach" metra ;)

Akcja zaczyna się rozkręcać dość szybko, mniej więcej na trzydziestej stronie dowiadujemy się, iż celem życiowej misji naszego bohatera będzie ... no właśnie i tutaj zaczynają się pierwsze absurdy. Celem misji będzie powstrzymanie rosyjskich komunistów przed stworzeniem wirusa zmieniającego ludzi w super żołnierzy ... no chyba sobie jaja robicie! Zrozumiem, świat po apokalipsie, zrozumiem komunistów w metrze, ale tego że niby znieśli sobie całe laboratorium eugeniczne z napromieniowanego i zamieszkałego przez krwiożercze bestie świata zewnętrznego do metra gdzie starają się wytworzyć odpornego na promieniowanie uber soldata ... no bez jaj (później okaże się, że geneza laboratorium jest jeszcze bardziej absurdalna)!
Toż to zakrawa na jakąś parodię. Skąd ludzie, skąd potrzebne materiały, naukowcy i rzeczy tak podstawowe jak prąd czy różnej maści odczynniki?! Autor przedstawia całą sytuację w sposób sugerujący czytelnikowi iż jest to logiczny kierunek działania wynikający z historii:

"Najpierw robili to naziści, później nasi ale ZSRR upadło i nie było potrzeby to poszło w odstawkę  a teraz jak nie ma świata to my kontynuujemy".
Takie wytłumaczenie jest wystarczające dla autora, ale ja czuję się nim mocno zawiedziony.

Ale to dopiero początek zabawy, nasz bohater wraz z oddziałem zostaje schwytany (jakże by inaczej) i przeznaczony na testy pierwszych wersji wirusa tworzących GML'i (Genetycznie Modyfikowanych Ludzi). Oczywiście rany zaznane w dzieciństwie sprawiają że jest na złe działania wirusa odporny. Co tam odporny, po jego zażyciu pojawiają się u niego super moce! Dzięki tym mocom udaje mu się uciec i ....

Tutaj zaczyna się to co ja określam "drugą połową" książki, jeśli sądzicie, że pierwsza to były absurdy to słuchajcie tego!
Jak to zwykle bywa tunele metra żyją i same prowadzą naszego herosa do bezpiecznej przystani. Zaraz po wstępnym wykurowaniu bohater odnajduje pierwszego z dwóch kompanów, złodzieja kleptomana który oczywiście już po chwili staje się najlepszym towarzyszem broni. Pomimo nagłej metamorfozy złodziejaszek pozostaje postacią która w książce najmniej odstaje od rzeczywistości i stanowi "latarnię normalności" w świecie absurdu.
Pewnie myślicie teraz "co on tak z tym absurdem cały czas nawija, te GML'e to może nie najlepsza, ale dość znośna koncepcja".

Przebolał bym GML'e, ale gdy nasi dwaj bohaterowie uciekając przed nowymi tworami radiacji trafiają do kompletnie nie splądrowanych tuneli metra, które wkrótce okazują się mieć ludzkich mieszkańców... nie mam pytań.
Jakie wytłumaczenie oferuje nam autor? Metro zmienia się i chowa te tunele jedyna osoba umiejąca je odnaleźć to samotny szalony ślepiec ...
Ale to jeszcze nic bo jak się szybko okazuje samotny szalony ślepiec prowadzi naszych herosów do stacji zamieszkanej przez ... satanistów ... tak dobrze przeczytaliście satanistów. A żeby było jeszcze ciekawej, to stacji pełnej naćpanych satanistów łapiących ludzi i każących im kopać rów do piekła ... no ja państwa proszę, toż to jest żenada!

Ale to nie wszystko! Nasi ulubieńcy zostają zamknięci w klatce z mutantem (takim bardziej ludzkim), który poza dużym wzrostem ma dar telepatii. Wykorzystując go (oraz kleptomanię złodziejaszka) udaje im się uciec i tajnym tunelem dostają się na stację mutantów gdzie telepatia i triki w stylu "to nie są droidy których szukacie" to pikuś.

Przyśpieszając troszkę mocno nużącą już opowieść.

Laboratorium które budziło moje kontrowersje okazuje się być oryginalnym kompleksem zlokalizowanym pod dawną siedzibą KGB (Łubianka), które samo "dokopało się" do metra. Autor sugeruje, iż było to świadome działanie kompleksu przesiąkniętego złą energią.

Tak czy siak ...

Nasi bohaterowie postanawiają wziąć szturmem laboratorium przepuszczając atak od powierzchni. Gdy docierają na miejsce dziwnym trafem wpadają na grupę GML'i oraz głównego "złego" niosących na noszach "coś" skryte pod czerwoną plandeką... Wcześniej w trakcie książki przewija się motyw, iż komuniści chcieliby sprowadzić do metra trumnę Lenina. Drobna sugestia co do celu stworzenia super żołnierzy?

Bitwa w laboratorium jest krótka i krwawa a sposób ewakuacji "tych dobrych" iście hollywoodzki (bierze w nim udział parowóz z twarzą Stalina i trumna Lenina).

Wszystko to co napisałem powyżej przeplatane jest psychologiczno-proroczymi wizjami głównego bohatera, jakby nam było mało smaczków ;]

Musicie wybaczyć formę tego posta, ale wywołał on we mnie bardzo dużo emocji.

Ocena końcowa

3/10

Podsumowując, książka jak dla mnie jest kompletnym absurdem. Ja rozumiem, SF ma swoje prawa, ale to co prezentuje nam autor jest według mnie istną karykaturą. O ile pisarz fajnie oddaje klimat metra na początku książki o tyle psują go wszystkie absurdy, które opisałem powyżej.

Jeśli jest to twoja pierwsza książka z serii Metro to zdecydowanie odradzam. Jeśli masz już za sobą Metro 2033 i 2034 i chcesz poznać lepiej ten świat to można tutaj gdzieniegdzie wyłowić ciekawe fragmenty, rozmowy i opisy.

Kompletnie nie rozumiem ludzi na internecie oceniających tę książkę bardzo wysoko. Albo jest to żart, którego nie załapałem albo jest tam jakieś drugie dno tylko trochę za głęboko zakopane ...

Czy żałuję, że ją kupiłem? Nie, ale tylko dlatego, że była sprzedawana w paczce ze zbiorem opowiadań w klimatach Metra, które według mnie są całkiem niezłe.

2 komentarze:

  1. No proszę, widzę, że otwierasz się na nowe horyzonty :) Czekam na dalsze recenzje.
    A co do książki, to mnie raczej nie przekonałeś do sięgnięcia po nią ;) Ale to może kwestia tego, że nie przepadam za postapo.
    Za dużo przegięć? To właśnie urok s-f. Poczytaj niektóre Star Warsy, to zobaczysz o co mi chodzi ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o SF i przegięcia to jest pewna granica dobrego smaku (dla każdego indywidualna), moja przy tej lekturze została przez autora przekroczona, zjedzona i wypluta ;]

      Usuń